Też mam podobne obserwacje, że „konwencjonalne” podejście często kończy się racjonalizowaniem i kosmetycznymi zmianami.
Moralność faktycznie jest jak kubki smakowe – subiektywna i różna u różnych osób. Dla jednego już jedno zachowanie raz w tygodniu będzie jasnym sygnałem problemu, a dla innego to samo zachowanie nawet codziennie nie będzie uznawane za coś niepokojącego. To bardzo utrudnia zdrowienie, bo łatwo oprzeć się na porównywaniu z innymi zamiast na uczciwej ocenie własnego funkcjonowania.
Dla mnie słowem kluczowym jest wspólnota – czyli wyjście z izolacji, w której to uzależnienie najlepiej się trzyma. Regularny kontakt z innymi uzależnionymi, mówienie na głos o tym, co się dzieje w środku i bycie w relacji zrobiły u mnie większą różnicę niż jakiekolwiek „sprytne strategie”.
Kluczowym jest też zrozumienie czym jest wspólnota - wspólnota oznacza wspólne rytuały (regularne mitingi, rozmowy, check-iny), zostawanie po spotkaniach, wyjścia na kawę, spacery, a z czasem też wyjazdy czy zwykłe bycie razem, a nie tylko „sala + krzesła + gadanie”. Dzięki temu uzależnienie przestaje być „tajemnicą w głowie”, a zaczyna być czymś, co funkcjonuje w relacji z innymi.
Myślę, że często problemem nie jest brak wiedzy o nałogu, tylko strategia. Sam próbowałem podejścia typu 1–2 mitingi w tygodniu i u mnie to nic nie zmieniało i tak to trwało latami.
Dopiero decyzja o radykalnej zmianie funkcjonowania – codzienny kontakt ze wspólnotą i wyjście z izolacji – zaczęła przynosić jakiekolwiek efekty. W tym sensie to nie jest „dodatek do życia”, tylko zmiana sposobu życia.